top of page
Search

Psotny Ożóg - Rozdział 2. Łowca Czarownic

Jun 27
4 min read

Kiedy wracał, burza z gradobiciem przetoczyła się przez dolinę. Zdążyła ucichnąć, zanim dotarł do klubu. Przekroczył próg knajpy nerwowym krokiem. Nadal nie pojmował, co się wydarzyło w tym przeklętym lesie. W dłoni trzymał małą szkatułkę, którą konsyliarz bractwa rozkazał mu dostarczyć przed świtem. Mieściła się w dłoni, ale była cięższa niż wskazywał jej wygląd i niechlujnie ozdobiona drobnymi paciorkami i kamykami. Tu i ówdzie boki pokrywał mech i resztki błota.

Odnalazł ją tam, gdzie mówiono, że będzie: w dziupli najgrubszego świerka, przy granicy hrabstwa.

Spojrzał na szkatułkę. Za każdym razem, kiedy na nią spoglądał, coraz mniej ufał własnym myślom.

Jezu, tylko tego brakuje, żeby mi teraz odbiło! Po co dałem się w to wplątać?! – zadrwił z siebie w myślach.

Prowadził spokojne życie, nikogo nie dopuszczał do swoich spraw, dbał o prywatność i swoją jaszczurkę o imieniu Gilbert. Pracował dorywczo w kiosku z gazetami i na pół etatu w klubie jako barman. Nie zarabiał kroci, ale mógł odłożyć na fajne – chociaż krótkie – wakacje. Mniej więcej raz na trzy lata.

Z rodzicami stracił kontakt po tym, jak oznajmił, że nie pójdzie na studia. Wyrzekli się go z dnia na dzień, jakby był kimś obcym. Szkoda gadać! Ale teraz miał ochotę do nich zadzwonić i spytać o radę, bo nigdy w życiu nie był tak skołowany jak teraz w klubie. W dodatku za kwadrans reszta grupy wchodzi do labiryntu…

Dostrzegł Guślarza przy swoim ulubionym stoliku w głębi sali, otoczonego przez kumpli. Violet siedziała obok, zajęta swoim telefonem. Jak zwykle towarzyszyła jej Południca. Nie zauważył Żmija. Biedaczysko, złapał ospę wietrzną. W tym wieku to straszne cholerstwo, zwłaszcza jeśli nie widać krost na skórze. Wtedy choróbsko mocno atakuje narządy.

Szkatułkę ściskał kurczowo oburącz, bo znalezisko było śliskie od błota. Ruszył w ich stronę, próbując wymyślić najsensowniejsze wyjaśnienie tego, co zobaczył przed godziną.

– Wreszcie! – rzucił Guślarz. – Coś taki blady? Spotkałeś ducha w Mrocznym Lesie?

Towarzystwo zachichotało chórem.

– Raczej strzygę – odparł, zmuszając się do uśmiechu. Skinął głową w kierunku Guślarza, dając mu znak, że chce z nim pogadać. Czuł, że poci mu się całe ciało.

Guślarz niechętnie odsunął krzesło. Posłał kumplowi pytające spojrzenie, zniecierpliwiony jego ignorancją.

Violet podniosła wzrok znad telefonu dopiero w chwili, gdy zauważyła, że obydwaj wychodzą z klubu, a i tak miał wrażenie, że oczy wszystkich były skierowane na jedną rzecz: na szkatułkę, którą trzymał w dłoni. Rozsądek podpowiadał mu, że działa na oślep, słuchając jedynie swojej intuicji.

Na zewnątrz panował chłód. Srebrny blask Księżyca padał na szczyt budynku i auta na parkingu.

– Co jest?! – Kumpel nie krył złości. Zerknął na cyfrowy zegarek.

– Kim jest guru bractwa, który przydziela zadania? – odparł pytaniem, ściskając szkatułkę.

Guślarz wzruszył ramionami. Wysunął telefon z kieszeni, a potem spojrzał na niego z morderczym zacięciem.

– O co ci chodzi, stary?! Za dziesięć minut wchodzimy do labiryntu. Dziś staję do walki z Anti-Hero i tą nadętą pseudo-reporterką, Harper. Baba nie walczy czysto! Widziałeś, jak szybko się pozbierała po ostatniej porażce. Załatwię tę oszustkę jednym strzałem. Muszę tylko dobrać się do jej plecaka – kontynuował zacietrzewiony, a jemu robiło się coraz bardziej gorąco. Miał wrażenie, że skóra na jego dłoniach płonie.

– Zapomnij o labiryncie! – warknął zniecierpliwiony. – Wiesz, co to jest? – Wyciągnął dłoń, w której trzymał znalezisko z… Mrocznego Lasu. Włos mu się zjeżył na głowie na dźwięk tej nazwy.

– Stary, zdaje mi się, że najadłeś się trujących grzybów! Zastanów się chwilę i powiedz, czy widziałeś w tym mieście kogoś, kogo nie interesuje labirynt? No, może poza tą przybłędą Crowleyów, ale to jakiś odmieniec. Tak samo zresztą jak reszta rodzinki. Na ich werandzie świece palą się przez cały rok.

Wepchnął przedmiot w dłonie kolegi, uchylając zaokrąglone wieczko. Słaby blask księżyca oświetlił oszczędnie zdobione wnętrze szkatułki.

Guślarz z niechęcia popatrzył na przedmiot. Obrócił go w dłoniach i potrząsnął nim. Obydwaj patrzyli teraz na pogradową kałużę, widoczną przez mały otwór wyłupany w ściance.

– Co to niby ma być? Zniszczona pudernica na babskie szpargały?

– Przecież to jest… – głos ugrzązł mu w gardle.

– Do jasnej cholery! To żart bractwa i tyle. Przydzielają ważne zadanie – pokazał znak cudzysłowu palcami – a potem okazuje się, że babrasz się w błocie, żeby wykopać spod ziemi jakiś rupieć. Zanieś im znalezisko, pokornie pochyl głowę i ani mi się waż sprzeciwiać.  Nie tolerują rebeliantów.

– Nie jestem rebeliantem. Wiesz o tym.

– Może nie, ale nadal uważam, że nie jesteś gotowy na wejście do labiryntu. Oni też. Gdyby mieli dla ciebie plan, już byś o tym wiedział.

– Ale… – urwał, zorientowawszy się, że kumpel nie widzi tego, co on. Patrzyli na tę samą szkatułkę, kałuża nadał falowała delikatnie jak powierzchnia spokojnego morza, tyle że w innym kierunku. Wiatr po drugiej stronie szkatułki wiał w przeciwną stronę.

Guślarz tego nie dostrzegł, a słynął ze spostrzegawczości.

– Odliczanie pewnie już się zaczęło – podjął – więc przestań sabotować rundę i nabierz trochę dystansu do tego wszystkiego… – To mówiąc, odszedł szybkim krokiem, nie czekając na odpowiedź.



 
 
 

Comments


 Copyright  © 2026 Discovery Writing

  • Facebook
  • Instagram
  • X
  • TikTok
bottom of page