Psotny Ożóg - Rozdział 1. Wpadka
Updated: Jun 25
Please enjoy 😊
Wieczorne powietrze było rześkie i przesycone zapachem świeżej żywicy, sączącej się z kory drzew na zszarzałą ściółkę jak smutne łzy. Pokryte uschniętymi igłami brunatnoziemy wyznaczały prowizoryczną ścieżkę pośród gęsto rosnących drzew, które od lat powtarzały pieśni Wichru. Dawno, dawno temu słuchali ich rozśpiewani bardowie, ojcowie Wszebora, a dziś potężne sosny nuciły swą pieśń młodej wiedźmie z Wichrowego Wzgórza, która zawędrowała w te strony w poszukiwaniu bylicy. Gorzkie w smaku ziele o srebrno-zielonych liściach zbierano tuż przed kwitnieniem, by wydobyć ze szpiczastych blaszek jak najwięcej dobroczynnego wpływu, przy czym należało pamiętać, iż blask pełnego księżyca wzmacniał lecznicze właściwości wszystkich ziół. Bylica najlepiej nadawała się na dolegliwości żołądkowe, ale sprawdzała się również jako lek na owsiki. Z ziołami jednak trzeba uważać. Niewprawne ręce przyniosą więcej szkody niż pożytku, gdyż bez znajomości tajników sztuki zielarskiej łatwo o zatrucie. Wszak stara to prawda zielarzy, iż lek od trucizny odróżnia jedynie ilość spożytej substancji.
Dzisiejszy wieczór wypadał podczas pierwszej z trzech nocy, gdy księżyc zdawał się uśmiechać do mieszkańców swym pełnym obliczem. Upajający szum sosnowych ramion gładził duszę dziewczyny spokojną pieśnią, wabiąc ją w coraz dalsze rejony Zakazanego Królestwa, niemal do brzegów granicy, za którą egzystowali niczego nieświadomi ludzie.
Dostrzegła w oddali jasne plamy, pokrywające połowę zbocza przeciwległej góry. Podczas pełni odrąbane ręką człowieka karcze ścieliły się tam gęsto, niczym oblane miodem kapelusze gigantycznych borowików. Wiedźma Psotny Ożóg uznała, że kilka kroków dalej nie zaszkodzi.
Nagle zauważyła na ziemi dziwny przedmiot, więc przystanęła i przyglądała się znalezisku z zaciekawieniem. Dziwaczny przyrząd przyciągał wzrok jasnym lakierem, kontrastującym z brunatną czernią leśnej ścieżki i był nieco mniejszy od dłoni. Wpatrzona w jego lśniące brzegi, domyśliła się skąd pochodził, wszak ludzie lubowali się w kanciastych kształtach. Niestety, w magicznym kraju Wszebora, do którego należało Wichrowe Wzgórze, a nawet w Zakazanym Królestwie prawo zakazywało używania wytworów ludzi.
Dziecięca ciekawość pulsowała we krwi dziewczyny zbyt mocno, by potrafiła oprzeć się pokusie. Schyliła się więc bez wahania i wzięła do ręki zimny przyrząd. Obróciła go w dłoni kilka razy, zaskoczona kontrastem barw po obu stronach urządzenia. Pod białym wierzchem ukrywał czarne zwierciadło, błyszczące niczym wypolerowany obsydian. Słyszała opowieści o tych wynalazkach, ale nie miała pojęcia, jak się z nimi obchodzić. Z magią zresztą podobnie. Wyszeptała kilka zaklęć wyjaśniających, lecz żadne nie zadziałało na sztywne ustrojstwo. Znów poczuła rumień na policzku, przypominając sobie słowa szeptuchy podczas zajęć w tamtym tygodniu: „Przynosisz wstyd całej rodzinie Wichrów! Twoi rodzice pewnie zadzierają głowy w Nawii i załamują ręce z rozpaczy! Czy naprawdę tak trudno zamienić gęsie pióro w hartowany pogrzebacz?!” – spytała stara wiedźma, unosząc w pomarszczonej dłoni długi, drewniany patyk, powyginany u nasady, jakby ktoś próbował nadać gałęzi kształt rękojeści. W dodatku tlił się delikatnie, wypełniając izbę skromnego refektarza zapachem dymu.
Psotny Ożóg wciąż była uczennicą szkoły dla wiedźm, ulokowanej w starym skrzydle pierwszej odnogi chaty Jagi – tak przynajmniej wierzono – i choć kończyła ją w tym roku, nadal myliła zaklęcia. W zeszłym roku osiągnęła wiek, w którym pozwolono jej stworzyć własną księgę zaklęć. Stare wiedźmy mawiały, że najlepszą metodą na opanowanie własnej mocy jest studiowanie ludzkich kronik, począwszy od ery pierwszych bardów, czyli jeszcze sprzed wieków, nim Jaga została wiedźmą dzięki łasce wszechwładnego Welesa, a następnie stworzenie woluminu, w którym zapisze wszystko, czego się nauczyła. Oczywiście, księga nie mogła powstać za pomocą czarów ani tym bardziej według instrukcji innej wiedźmy. Mimo iż udało się jej sprawnie pozszywać wyprawioną bydlęcą skórę i połączyć z pergaminowym wnętrzem, nie czuła się gotowa do zapisywania własnych zaklęć i na każdym kroku wypominała sobie amatorszczyznę. Być może jedyną cechą jaką odziedziczyła po zasłużonych w rzemiośle rodzicach był ośli upór, sławny aż nadto wśród posiadaczy wichrowego genu.
Zerknęła na urządzenie, które nie miało zapachu, a materiały, z których zostało stworzone, nie nadawały się do jedzenia ani dla ludzi, ani nawet dla wiedźm. Zdjęła więc jedwabną rękawiczkę i nieśmiało przesunęła opuszkiem palca po gładkiej powierzchni.
Gdy tylko dotknęła czarnego szkła, powierzchnię pokryły białe znaki przypominające runy wspólnomowy, zdobne w krótkie machnięcia pióra i ułożone w równiutkie linie. Westchnęła z zachwytu nad nieznanym pismem, gdyż opanowanie pióra do tego stopnia, by wyłaniające się spod niego serpentyny nie rozpełzały się po całym woluminie, zajmowało wiedźmom wiele lat ćwiczeń. Ludziom również, lecz leniwe z natury istoty zastąpiły kalamusy i popiół maszynami. Wiele rzeczy powierzyli do wykonania maszynom, a niektóre są tak zaawansowane, że już nie wiadomo, czy w mechaniczny pomocnik nadal jest narzędziem człowieka, czy jednak odwrotnie.
Myśląc o tym, wodziła oczami po kształtnych literach, rozwijających się w górę i w dół, niepewna sensu słów, które odczytała, dzięki zaklęciu tłumaczenia wspólnomowy:
W.H.: Wszyscy wiedźmini wiedzą, że czarownice to najwredniejsze ze wszystkich stworzeń, jakie chodzą po świecie!
Guślarz: Zebrało ci się na smęty! Wiedźmin mądry po szkodzie!
W.H.: Taa! Nie wiem, gdzie jestem… Co to k… za miejsce?
Żmij: Guślarz mówi na to Mroczny Las :P Żeby wstąpić do bractwa, musisz zrobić to, co każą. Nie użalaj się nad sobą, tylko zgarnij szkatułkę i za godzinę widzę cię w klubie.
W.H.: Taa! Czy będzie tam reszta zgrai?
Guślarz: Jasne! Wieczorem wchodzimy do labiryntu! Koło pióra mi lata, że się nie dogadujecie! Spadam wrzucić coś na ruszt! Wiesz, gdzie nas znaleźć…
Ocucił ją dreszcz, który szarpnął jej ciałem, okrytym jedynie koszulką, chłopięcymi szortami i trójbarwną chustą. Gdy podniosła wzrok, ujrzała lśniącą tarczę księżyca, wyglądającego zza cienkiej warstwy chmur i rozdającego szczytom sosen srebrne pozdrowienia. Sowa pohukiwała gdzieś w oddali, jakby oznajmiała, że zbliża się północ. Ciekawość wiedźmy nie została jednak zaspokojona. Czy to przez drżące dłonie, czy też przez zrządzenie losu, tekst zniknął z powierzchni obsydianowego zwierciadła. Próbując go przywołać, odkryła, że zakazana zabawka ludzi maluje pejzaże szybciej, aniżeli zaczarowany pędzel szeptuchy. Nie dalej, jak dziesięć dni temu odszedł z magicznego świata wielki twórca portretów i kraftmistrz sprytnego oka. Mało kto o nim wspominał podczas wieczerzy, ale Psotny Ożóg odczuła wielki smutek na wieść o jego śmierci. Tworzył piękne obrazy, a gdy nie tworzył, opowiadał długie historie o dawnych artystach, znanym wszystkim wiedźmom. Zapewne spodobałoby mu się zagadkowe urządzenie ludzi, bo właściwie działało w podobny sposób, co sprytne oko: za każdym razem, gdy unosiła przyrząd, na obsydianowym tle pojawiał się las.
Toż to prawdziwa magia! – pomyślała, wędrując opuszkiem po barwnych figurach.
Zaskoczona swym odbiciem szybko odsunęła ciemne zwierciadło, dbając by sprytne oko nie dotknęło jej twarzy. Wiedźmy są brzydkie i wcale się tym nie przejmują. Rzucono na nie potężny czar, by unikały oglądania własnych odbić. Nie obrażają się na swój wygląd, a jedynie obawiają klątwy zapomnienia szepczących luster.
Patrząc na szklane oko, próbowała zrozumieć, czym ono jest i jak się nazywa, lecz słowa wspólnomowy padały w osadzie bardzo rzadko. Pamiętała jednak, że ludzie chyba nazywają obrazy fotami albo jakoś podobnie, a już na pewno istnieją też inne nazwy, bo człowiek potrzebuje zawsze więcej niż to, co już posiada. Sztywna powłoka przedmiotu stawała się cieplejsza, obdarzając zmarznięte dłonie wiedźmy przyjemnym uczuciem. Przeszło jej przez myśl, że właściciel szklanego oka może znajdować się w pobliżu. Nigdy nie widziała człowieka i nie była przygotowana na takie spotkanie.
Elbisivni somoteitbe – przywołała w myślach zaklęcie niewidzialności na wszelki wypadek. Na szczęście potrzebowała tylko słów i własnego szeptu, bo przecież wiadomo, że nauka niektórych zaklęć, zgromadzenie odpowiednich do niego składników, często rozrzuconych po całym królestwie, zajmuje wiedźmie lata i stanowi – jak mawiają w osadzie – prawdziwe podwaliny szczęścia. Spojrzała na fragment podszytu odbity w czarnym zwierciadle, a potem na trzewiki ubabrane błotem, trzęsąc się od chłodu górskiej nocy.
Wtem urządzenie zadrżało w jej dłoni, rozbrzmiewając wokoło dźwiękami ksylofonu, które echo poniosło daleko w głąb lasu.
Drgnęła przestraszona.
Szepczące zwierciadło! – pomyślała z niepokojem.
W Szmaragdowym Grodzie już dawno z nich zrezygnowano. Moc wszystkowiedzących luster była przeogromna i jednocześnie ukryta. Wiedźmy rozumieją ich potęgę i wiedzą, że należało się przed nimi chronić. Niestety, ludzie nie byli tego świadomi i pewnego dnia lustro trafiło w ręce królowej ludzkiego realmu – pięknej, lecz dumnej i próżnej. Zapatrzona w swe odbicie królowa wciąż zadawała to samo pytanie i tak długo, jak otrzymywała odpowiedź, której pragnęła, w królestwie panował spokój. Kiedy lustro zawiodło jej oczekiwania, wiedziona pragnieniem zemsty wydała rozkaz zamordowania własnej pasierbicy. Gdy prawda wyszła na jaw, królowej nakazano tańczyć w rozżarzonych trzewikach aż do utraty tchu. Po tych wydarzeniach zrezygnowano z używania magicznych zwierciadeł, by sytuacja już nigdy się nie powtórzyła, a na wiedźmy rzucono klątwę brzydoty. Legendy mówiły, że korzystanie z magii pozbawia twarze i ciała wiedźm uroku. Ludzie nie mieli pojęcia, że koweny chroniły w ten sposób swoje wychowanki przed zwodniczą mocą szepczących luster.
Jej ciało drżało z zimna, a muzyka – zwykle rozgrzewająca duszę – przepełniła dziewczynę niepokojem. Na nic zdawały się jej wysiłki, gdy próbowała wyciszyć natarczywy dźwięk. Rzucanie zaklęć na własne ciało przychodziło jej z trudem, lecz udawało się częściej niż wpływanie na otaczające ją przedmioty. Wykonała kilka ruchów na lśniącej powierzchni, po czym powtórzyła rytuał jeszcze kilkakrotnie. Wtem maszyna przemówiła do młodej wiedźmy, znów wibrując rytmicznie i rozsyłając po lesie znajomą melodię ksylofonu. Jeśli właściciel go usłyszy, może się tu pojawić w każdej chwili. Nie będzie mogła skorzystać ze swoich mocy, bo nie wolno było używać magii wobec innych wiedźm i ludzi. Każdy czar skierowany przeciwko innej osobie odbierał rzucającej go wiedźmie kroplę jej własnej krwi. Im silniejsza inkantacja, tym szybciej osłabiała ciała adeptów magii. Dlatego takie zaklęcia nazywano krwawą magią i zakazano ich w całym królestwie.
Na szkle pojawił się portret mężczyzny, stojącego za jakimś parawanem. Obok widniała dziwna runa, przypominająca symbole Wszeborowego królestwa, ale nieco zniekształcona. W ten sposób ludzie wyobrażali sobie symbol boga zaświatów i magii, lecz wiedźmy wiedziały o nim znacznie więcej. W miejscu przełamania symbolu ktoś dorysował znaki wspólnomowy: „Guślarz".
Urządzenie umilkło, lecz w tym samym momencie na zwierciadle pojawiły się kolejne znaki stworzone niewidzialnym piórem:
Guślarz: Zabłądziłeś w Mrocznym Lesie?!
Nagle usłyszała pękającą gałąź i ciche stęknięcie mężczyzny, dobiegające z tyłu. Rzuciła przedmiot na ściółkę i czym prędzej pobiegła w stronę Wichrowej Doliny, świadoma kary, za naruszenie zasad i opuszczenie własnej krainy po zachodzie słońca. W przeddzień przesilenia nie wolno młodym adeptkom magii oddalać się od osady. Niemal ją przyłapano, jak przemykała wśród gęstych krzewów, poprzeplatanych jałowcem i dzikim zielem.
– Elbisivni somoteitbe – szepnęła w mrok i rozpłynęła się jak mgła, odprowadzana do domu szumem świerkowych gałęzi, poruszających się leniwie pod wpływem delikatnego wiatru.



Comments